(...) Jedną z cech artystów, którzy osiągneli wyżyny jest rozpoznawalność ich prac nawet przez amatorów sztuki. Tomaszewski jest rozpoznawalny! Jego sztukę można emocjonalnie nie akceptować (nie każdy lubi taki chrakter dzieł), ale uczciwość nakazuje uznać jej wyżyny. Nie każdy lubi też wysiłek emocjonalno-intelektualny.(...)

Adam Kowalczewski

galeria ADI ART

(...) Sztuka Andrzeja Tomaszewskiego ma swoje warsztatowe źródło w grafice i rysunku, a przede wszystkim w fascynacji jak wielokrotnie podkreślał sam artysta francuskim surrealizmem lat trzydziestych XX wieku. Malarza, który posługuje się językiem sugestywnych “barokowych” wizji, uznać więc można za kontynuatora języka Zdzisława Beksińskiego czy Franciszka Starowieyskiego. Wpisując się w ten nurt, Andrzej Tomaszewski wypracował jednak w pełni autonomiczną postawę artystyczną. Jego malarstwo to cenna lekcja, przeżycie nie tylko artystyczne ale i ludzkie. Trzeba jednak czasu, by to zrozumieć, by nie zrazić się pozornie chaotyczną i przerażającą powierzchownścią jego obrazów.Wybrane przez artystę środki wyrazu, wielowarstwowość formalna, dobór tematów, historii, różnych czasów i mnogości kontrastów tworzy ów chaos. Chaos ten buduje napięcie, które jednak z czasem ustępuje, gdzieniegdzie doprowadzając do specyficznego relaksu. (...)

Gabriela Gasparska
historyk sztuki

Andrzeja Tomaszewskiego materia niezwykła.
  Wystawa w Zamku Kórnickim

 

    Najpierw trzeba przedostać się przez fosę, aby dotrzeć do bajkowej fasady projektu samego Schinkla. Za nią, w obszernej sieni wita gościa świat połączonej ze sobą sztuki europejskiego renesansu i odległego islamu. Jeszcze parę kroków, ukryte za drzwiami schody, i znajdujemy się w ceglanych przesklepionych przyziemiach kórnickiego zamczyska. Materia, która otaczała nas do tej pory, tutaj zyskuje miano fantastycznej. W sali z widokiem na letni park skąpany w upalnym słońcu nasz wzrok przyciąga widok zgoła inny. Nieprzyjemny? Odstraszający? Od czasu, gdy pewien hiszpański malarz zawitał do burdelu w Awinionie, sztuka rozpoczęła proces rozkładu ludzkiego ciała. Głównie kobiecego. Deformacje, przekształcenia, rozczłonkowania. Brutalna zabawa? Gdyby tylko o to chodziło, nie warto byłoby zawracać sobie tym głowę. A prace Tomaszewskiego zawracają. Ukryty jest w nich zgoła niebajkowy świat doznań, uczuć, frustracji. W lęku nie ma piękna. Ale lęk trzeba sobie uświadomić. Potem go oswoić. Ułagodzić w sobie. I mieć odwagę przenieść go na płótno. To ostatnie jest najtrudniejsze.

Postacie Tomaszewskiego to niemal hermafrodyty. Sklejone z wielu osób, pozbawione przez to własnej osobowości. Próbujące wyrwać się z okowy poniżających związków. Poszukujące własnej twarzy ukrytej pod narzuconymi maskami. Poddające się z bólem kontaktom ze światem. Również światem najbliższych – partnerem, dzieckiem. Nawet własne ciało potrafi ranić. Zbudowane z niechcianych elementów. Byle jak zszyte. Żylaste. Ślepe. Zaciśnięte powieki nadają walce tych postaci wyjątkowe piętno. Przekornie – uczłowieczają je. Jakby nie chciały pokazać swoich dusz przez szeroko otwarte okna. Eksponują cierpienie, emanują bólem. Poddają się gwałtom. Krzyczą. A jednak trzymają coś w zanadrzu. Coś równie pięknego jak widok na letni park. Tomaszewski wlewa w swoje obrazy nadzieję. Najpierw niszczy ludzką postać. Rozstrzępia ją. A potem prowadzi nas duktem swojego ołówka do środka. Do tego, co trudno zobaczyć, jeśli się tylko patrzy, a nie obserwuje. Lekkie muśnięcia. Zdecydowanie i delikatność. To perfekcja jego dłoni ukrywa w tych obrazach piękno. Na przekór. Żeby nie popaść w dosłowność. Żeby nic nie było jednoznaczne. Ani cierpienie, ani nadzieja.

                                                                                                      Małgorzata A. Quinkenstein
                                                                                                                  historyk sztuki

                                                Metajęzyk Andrzeja Tomaszewskiego

     Jednym z najbardziej atrakcyjnych punktów Trzydziestej piątej Warszawskiej Jesieni Poezji, która z początkiem października odbyła się w Warszawie i podwarszawskich Petrykozach, był wernisaż Andrzeja Tomaszewskiego, znakomitego malarza, którego czołowi krytycy sztuki nie bez racji uznają za kontynuatora malarskiego języka Zdzisława Beksińskiego i Franciszka Starowieyskiego.
Z mojego punktu widzenia najbardziej istotne jest to, że język jego malarstwa wspaniale koresponduje z językiem poezji i prozy, który cenię najwyżej. Jeśli wierzyć historykom sztuki, a przecież nie ma powodów, żeby im nie dowierzać, poezja i sztuki plastyczne oddziałują na siebie od niepamiętnych czasów. Wzajemna wymiana treści, tematów, a nawet idei rodzi ciekawe owoce i skłania wciąż do refleksji na temat istoty sztuki. Być może ową istotą jest ujawnianie obrazów, które z natury rzeczy są jakby bezpostaciowe i spoczywają uśpione na dnie oceanu niewiedzy ? A może język poezji, podobnie jak język malarstwa, informuje nas o tym, że ślepi, głusi i niemi widzą, słyszą i mówią wyraźniej niż aniołowie tudzież wszystkie cyborgi, które powstaną w przyszłości ? Choć na te trudne pytania nie znamy wciąż odpowiedzi, to przecież jest oczywiste, że w wartościowej poezji i w wartościowym malarstwie ukryte jest jakieś głębokie, metafizyczne przesłanie.
Z obrazów Andrzeja Tomaszewskiego, które zawisły pod dachem dworku Wojciecha Siemiona , biło cudowne światło awangardowej sztuki, a w oczach dziesiątek poetów, którzy na te obrazy z zaciekawieniem patrzyli, widniały iskry poezji, dla której wszystkie języki są jednym metajęzykiem.

                                                                                                           

                                                                                                                    Igor Wieczorek

                                                                                                         poeta, prozaik, publicysta

     

     „Myliłem się broniąc automatyzmu myśli, wolnych od jakichkolwiek kontroli umysłu i nie tkniętych przez wszystkie estetyczne i moralne stereotypy. Powinienem był powiedzieć jeszcze co najmniej: świadome estetyczne i moralne stereotypy"
                                                                                                                                                                                                                                                       Andre Breton 1924 r. 

 

     

 

     Dojrzałe życie. Dojrzałe przemyślenia. Dojrzałe wnioski. Jak to pokazać i jak przekazać? Jak sprowokować innych do trudnego spaceru, spaceru do miejsc nie tylko pięknych i wybranych, ale również do takich, które przynoszą ból, cierpienie i zwątpienie? Jak sprawić by ten spacer nie był jedynie odpoczynkiem, ale chwilą, w której poczujemy coś więcej, poczujemy nierozerwalną symbiozę piękna i brzydoty, smutku i radości, nadziei i bezsilności? Intensywne doświadczenie tych wszystkich towarzyszących ludzkiemu życiu uczuć pozwala realnie spojrzeć na rzeczywistość, a to z kolei daje siłę i wolność, która pozwala się rozwijać i dokonywać wyborów.
Andrzej Tomaszewski w sposób niezwykły zaprasza do tego spaceru. Niczego nie ułatwia, ani nie utrudnia. Sięgając do najgłębszych zakamarków ludzkich myśli, pokazuje nam to, co piękne i to, co odrażające. Dociera do myśli, które towarzyszą całemu ludzkiemu życiu, pojawiają się w najważniejszych momentach, ale również w codziennych sytuacjach, banalnych i zwyczajnych. Opowiada nam historię człowieka we wszystkich czasach jednocześnie. O tym, co było, co jest i co może być... zawsze z pewną alternatywą, bez jednoznacznej odpowiedzi, nie ukierunkowuje, daje wybór.
     Sztuka Andrzeja Tomaszewskiego ma swoje warsztatowe źródło w grafice i rysunku, a przede wszystkim w fascynacji – jak wielokrotnie podkreślał sam artysta – francuskim surrealizmem lat trzydziestych XX wieku. Malarza, który posługuje się językiem sugestywnych „barokowych” wizji, uznać więc można za kontynuatora języka Zdzisława Beksińskiego czy Franciszka Starowieyskiego. Wpisując się w ten nurt, Andrzej Tomaszewski wypracował jednak w pełni autonomiczną postawę artystyczną. Jego malarstwo to cenna lekcja, przeżycie nie tylko artystyczne ale i ludzkie. Trzeba jednak czasu, by to zrozumieć, by nie zrazić się pozornie chaotyczną i przerażającą powierzchownością jego obrazów. Wybrane przez artystę środki wyrazu, wielowarstwowość formalna, dobór tematów, historii, różnych czasów i mnogości kontrastów tworzy ów chaos. Chaos ten buduje napięcie, które jednak z czasem ustępuje, gdzieniegdzie doprowadzając do specyficznego relaksu.
Monochromatyczna barwa prac, delikatnie kontrastująca elementy, podkreślająca jakąś myśl, subtelnie wpisuje się w kompozycję całego obrazu, kolory umiejętnie towarzyszą innym środkom wyrazu, mocniejszym i bardziej sugestywnym. Te zestawienia dotyczą poszczególnych fragmentów ciała człowieka. Piękne, niemal baśniowe usta, oczy, piersi, czasem nogi czy głowa oddane są z fotograficzną niemal dokładnością, podkreślone blikami światła przykuwają uwagę i zachwycają. Stanowią jednak tylko zaproszenie do dalszych poszukiwań, są prowokacją i niejako nakazem, by oglądać dalej. Artysta nie pozwala spokojnie oddać się zachwytom nad ludzkim ciałem. Nie pozwala myśleć o nieustającym szczęściu i spełnieniu. Pozytywny, wyidealizowany motyw jest tylko małym fragmentem całego obrazu, większość pracy bowiem przedstawia zdeformowane, zmęczone, podzielone na fragmenty ciało.
     Ciało czasem niemal architektoniczne, uprzedmiotowione, czasem do przesady anatomiczne, ciało, które gdzieniegdzie oderwało się od duszy, a gdzieniegdzie do niej przyrosło. Ciało różnorodne, ale zawsze oddające jakąś emocję, jakąś myśl czy jakąś chwilę. Postacie ludzkie nie mają tła, nie mają kontekstu, a więc nie rozprasza nas to, co na zewnątrz. To, co było na zewnątrz, jest już w tylko w ciele, we wspomnieniach, w snach. Teraz obserwujemy swoisty dialog różnych stanów ego człowieka, i ten moment obserwacji wydaje się fascynujący. W tym właśnie miejscu zaczyna się właściwa podróż, podróż w głąb ludzkiej duszy. Tu wszelkie granice realności czy nierealności się zacierają, wszystkie towarzyszące człowiekowi emocje przeplatają się, walczą ze sobą lub kompensują. To jest jak wielka burza, pełna chaosu, zamieszania, bałaganu. To tak, jakby po wyczerpującym dniu, pełnym niezwykłych wrażeń, zasnąć i śnić o wszystkim naraz, w formie nakładających się na siebie obrazów. Sny te dotyczą miłości i namiętności, dzieciństwa i macierzyństwa, fascynacji ludzką urodą, fetyszami, seksualnością, pragnieniami najważniejszymi, które choć nie zawsze się spełniają, zawsze pozostają w sferze marzeń każdego człowieka. To jednak nie koniec. Jeśli się spełniają, to nie na zawsze, gdyż inne przeżycia i odczucia idą zawsze obok. To nigdy nie jest spokojny spacer. Zwątpienie, bezsilność, cierpienie i wszechogarniająca samotność, zazdrość, złość, agresja wszystko to jest tuż obok. Ale to jest właśnie prawdziwe i realne spojrzenie na możliwości, jakie niesie ludzkie życie. Taki sposób przedstawienia człowieka jest niezwykle uczciwy. Artysta nie stara się podsycać złudzeń o niekończącym się szczęściu, nie usiłuje dawać żadnych odpowiedzi, nie wskazuje na rozwiązania, nie tłumaczy. Wszystkie użyte elementy mają jedynie pomóc oderwać się od codzienności na tyle, by się zastanowić i pobudzić wyobraźnię. Jeżeli tylko uda nam się choć przez chwilę podążyć za artystą, skorzystać z jego mapy, świat przedstawiony w jego obrazach wyda nam się bliski, znajomy i... realny. Jeśli to wszystko uspokoi nas choćby na chwilę, zaczniemy nowy dzień i będziemy wolni.

                                                                                                                                                                                         Gabriela Gasparska

                                                                                                                       historyk sztuki

      Obcując z nieczęsto dziś spotykaną klasyczną techniką rysunku, u historyka sztuki rodzi się pokusa by czytać prace, z którymi ma się do czynienia, według tego właśnie klucza, klucza medium. Czasem jednak wydaje się to być ślepym tropem, bo cóż u Tomaszewskiego po szukaniu wątków z przeszłości. Czy to nie zbyt prosta sprawa dostrzec echo dawnych mistrzów piórka i węgla w cyzelowaniu każdego detalu, w klasycznych pozach kobiety z niemowlęciem (dlaczego nie szukać w tym motywie odniesień do Madonny z Dzieciątkiem?), pary kochanków splecionych w uścisku, kontra postach, ułożeniach dłoni?
      Oczywiście są to skojarzenia z surrealizmem, zarówno na płaszczyźnie teorii – czyli budowania obrazu z elementów poskładanych według logiki podświadomości, jak i konkretnych motywów, choćby będące cytatem z Salvadora Dali zszyte ze sobą części ciała.
Odrzucamy jednak pokusę „zaksięgowania” prac Tomaszewskiego w kolumnie epigonów surrealizmu i zajmijmy się ty co przedstawiają. Zestawione ze sobą rysunki artysty przypominają karty szczególnego atlasu anatomicznego, przez co subiektywnie – wydawać by się mogło - wizje zyskują obiektywny wymiar. Naturalny porządek rzeczy ulega przeszacowaniu, rangę elementów dominujących zyskują pojedyncze elementy ludzkiego ciała : usta, pierś, małżowina uszna, oko wreszcie siatka żył czy półkule mózgowe. Bohaterowie Tomaszewskiego, jak przystało na modele z kart podręcznika anatomii – są pozbawieni twarzy, a jeśli nie – to i tak nie poddają się indywidualizacji zakrywając ją rekami, zamykając oczy. W ten sposób uwaga odbiorcy intuicyjnie rozpoczynającego budowanie tożsamości obserwowanego podmiotu od twarzy zostaje skierowana na inne partie ciała. To tam, wśród nabrzmiałych żył, szeroko otwartych oczu, kurczowo wczepionych w uda palców szukać należy emocji artysty i jego bohaterów.
     Przede wszystkim jednak zabiegi formalne mają u Tomaszewskiego charakter dekoracyjny. Nie jest chyba jego ambicją rozstrzyganie problemów ontologicznych, znać za to przewrotną fascynacje zaskakującymi rozwiązaniami wizualnymi.
                                                                                                                                                                                                                                                                                Kamila Gajtkowska

                                                                                                                       historyk sztuki

     „Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć, jest oczarowanie tajemnicą. To uczucie, które stoi u kolebki prawdziwej sztuki i prawdziwej nauki. Ten, kto go nie zna i nie potrafi się dziwić, nie potrafi doznawać zachwytu, jest martwy niczym zdmuchnięta świeczka”
                                                                                                         Albert Einstein

 

        Jednym z bardziej emocjonujących aspektów ludzkiego życia jest tajemnica. Pobudza wyobraźnię, pociąga. Albo jej pragniemy i odczuwamy przyjemność jej odkrywania, albo odrzucamy, zbliżając się do strachu. Tajemnica pozwala dowolnie krążyć myślom wokół domysłów, przypuszczeń. Ta wieloaspektowość tajemnicy powoduje, że jest tak atrakcyjna, a jej niedostępność pociągająca. Nie da się, a właściwie nie należy zaglądać do jej wnętrza w pośpiechu, sięgać za daleko, odkrywać wszystkiego naraz. Trzeba to robić etapami, wejść i się cofnąć. Dotknąć i puścić. Już samo to przybliżenie i oddalanie określa jej przestrzeń. Tajemnica jest czymś bardzo delikatnym, jak kwiat, który zakwita na jedną noc, i dokładnie trzeba wiedzieć, kiedy i jak go można obejrzeć. Wrażenia pozostają niezapomniane, a kadry przed oczami na wyraźne i zrozumiałe. Jeśli obchodzimy się z tajemnicą z wyczuciem, wrażliwością i pokorą, wtedy to, co w tych obrazach widzimy, jest dla nas do ogarnięcia i do przeżycia, bez względu na to, co tam zobaczymy… W tajemnicy mieszkają różne wspomnienia i marzenia. Rzeczy dobre i złe, wesołe i smutne, pełne nadziei i zwątpienia. Trudno wymienić wszystko co może nas tam czekać, nieskończenie wiele tematów i sytuacji. Poznawanie tajemnicy towarzyszy nam przez całe życie… jest nieodłącznym elementem zbliżania się i oddalania ludzi od siebie. Czasem tajemnica decyduje o przyszłości, a czasem pozostaje w przeszłości niewyjaśniona i nieodgadniona, jednak jako taka również ma swoją wartość.
     Mam wrażenie, że tak jak można fantazjować na temat tajemnicy, tak można podjąć próbę poznania malarstwa Andrzeja Tomaszewskiego. Kluczem pozostaje tu pewien rodzaj niedosytu, który budowany jest przez zestawienie przybliżania i oddalania, pokazywania i chowania, opowiadania wprost i zawile. Nigdy nie jest to jednoznaczny komunikat, odpowiedź lub pytanie. Jest tu pewien rodzaj pociągającej polityki, wyważenie, co dać, a czego nie. Próba dialogu z oglądającym: ile wystarczy pokazać, by można było domyślać się „reszty”, jak trafnie zasygnalizować problem albo jak tę sygnalizację ukryć, by nie stała się elitarna i dostępna tylko dla wybranych. Prace są przy tym na tyle zróżnicowane, ze ta elitarność rozszerza się. Każdy bowiem znajdzie język uniwersalny, a przekonujący… To sztuka umieć stworzyć język uniwersalny, a zarazem niedostępny dla wszystkich. Umiejętność pracy tajemnicą wydaje się jednym z bardziej charakterystycznych aspektów twórczości Andrzeja Tomaszewskiego.       Poparta warsztatem malarskim, kapryśną kompozycją i wyważoną kolorystyką zachęca do poważniejszego dialogu. Wyczuwa się jednak pewien rodzaj ostrzeżenia, że trzeba dużo delikatności, pokory i cierpliwości, by rozpocząć podróż w jego malarstwo. Należy również pogodzić się z tym, że wszystkiego nie można zobaczyć, odkryć, a nawet się nie powinno, bo zresztą i po co…? Musi przecież pozostać tajemnica dla artysty, dzieła i dla nas samych. Rodzaj niedosytu, który jest tak pociągający, który coś zamyka, ale też coś otwiera, a przez to nigdy się nie kończy jego doświadczenie.
                                                                                                           Gabriela Gasparska
                                                                                                              historyk sztuki

 

                                                                         Oko w stanie dzikim


     Trudno jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „co właściwie stanowi o wartości dzieła sztuki?”. Spośród wielu różnych definicji artystycznego piękna chyba najbardziej wiarygodna jest ta, według której dzieło sztuki odwołuje się do innych władz niż intelektualne, a jego piękno wymaga po prostu tego, żeby się nim cieszyć, zanim się je zrozumie. Konwulsyjne piękno obrazów Andrzeja Tomaszewskiego dziwi i zaskakuje właśnie z tego powodu, że nie da się go zrozumieć. Wytrawny koneser sztuk pięknych, któremu nie obce są związki malarstwa z religią i filozofią, może bez trudu odnaleźć w obrazach Tomaszewskiego mnóstwo ukrytych znaczeń, symboli i archetypów świadczących o dużej wiedzy i kompetencji artysty, ale największą zaletą tych onirycznych wizji jest raczej ich bezpretensjonalność.
     Moje pierwsze spotkanie z twórczością Tomaszewskiego miało miejsce w szczególnych okolicznościach. Jako autor zbioru miniatur literackich, których głównym tematem jest problem egzystencji ślepoty, uczestniczyłem w Biesiadzie Poetyckiej u Wojciecha Siemiona. Gwoździem programu Biesiady był wernisaż prac Andrzeja Tomaszewskiego, którego koszulkę zdobił wizerunek szeroko otwartego oka.
     Jednym z honorowych uczestników Biesiady był znany amerykański poeta, Alexander Taylor, którego lewe oko zasłonięte było czarną opaską. Taylor przyjechał do Polski z dalekiego Connecticut głównie po to, aby wygłosić swój wiersz „Miłość to nie jest rozbawione oko”. Innym honorowym gościem imprezy był ociemniały poeta, Andrzej Bartyński, którego poezję charakteryzuje niezwykła plastyczność, i który w wielu kręgach artystycznych cieszy się opinią jasnowidza.
     W tych zbiegach okoliczności nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zgodnie z lansowaną przez wielu nadrealistów teorią „Oka w dzikim stanie” pewne wydarzenia i zjawiska artystyczne należą zarówno do tego, co zwykliśmy zwać światem zewnętrznym, obiektywnym, naturalnym, jak i do tego, co zwiemy światem wewnętrznym, subiektywnym, psychicznym. „Oko w stanie dzikim” to pewien sposób patrzenia, to niewidzialne widzenie, które pozwala nam zajrzeć w jakiś głęboko ukryty wymiar rzeczywistości i doznać czegoś w rodzaju mistycznej iluminacji.
     W parapsychologii wiele faktów wskazuje na istnienie łączności telepatycznej między ludźmi związanymi jakimś afektem, dzielącymi wspólny entuzjazm lub skupiającymi się nad tym samym problemem. Niektórzy metapsychicy wysuwają nawet hipotezę „błądzących obrazów”, która głosi, że istnieją, w oderwaniu od źródła „obrazy błądzące”, wychwytywane nieświadomie przez umysły w stanach szczególnej receptywności. Choć jestem z natury sceptykiem, to mam powody, by mniemać, że oniryczne obrazy Andrzeja Tomaszewskiego to właśnie „obrazy błądzące”. A zatem – patrzymy uważnie!

                                                                                                                 

                                                                                                                                      Poeta, prozaik, publicysta.
                                                                                                                                               Igor Wieczorek